~~~ Noel ~~~
-Czego chcesz?-zapytałam wpuszczając Ed'a do mojego mieszkania.
Chłopak zaczął się rozglądać po moim mieszkaniu, następnie mierzył mnie, wyglądał na rozbawionego. Moje mieszkanie było pełne kartonów, różnych pudeł i niepoustawianych mebli, które były nowe i jeszcze we folii. Moja biała koszula była prawie cała mokra, a czarne legginsy były lekko pomoczone, moje włosy, które były poprzednio uczesane w kok, teraz były rozczochrane jakbym się tarzała. Z mojej łazienki dochodziły dziwne miałki, więc rudzielec patrzył na mnie jak na wariatkę.
-Co to?-wskazał na drzwi.
-Nie ważne. Nie idź tam.-powiedziałam szorstko.
Jak zwykle mnie nie posłuchał. Otworzył drzwi, a na mieszkanie wyleciał mały czarny kot, cały mory, w pianie. Mężczyzna zaczął się śmiać.
-Kot?! Serio?!-śmiał się.
-Znalazłam go obok śmietnika, jest wychudzony, więc myślę, że jest niczyj, a nawet jeśli to opiekunowie byli do bani, że kociak głoduje. Próbowałam go wykąpać, bo dziwnie śmierdział, ale nie daje się. Jest drażliwy. Jego humor nie jest najlepszy.-wskazałam na moje ramię, gdzie była rana, co prawda już opatrzona, ale jednak.-Nieźle, co? Ma niezłe pazurki.-skomentowałam.
Ed złapał kota i wtulił go w siebie, aby się nie wyrywał.
-Mogę?-zapytał a ja przytaknęłam.
Chłopak wsadził kota do wody, ale ten zaczął się wyrywać i znowu wyskoczył z wanny. Rudzielec pogonił za nim, a ja spuściłam wodę. Zdecydowałam, że lepiej, aby opukać go słuchawką od prysznica. Po 3 minutach, już siedzieliśmy pod ścianą, na podłodze, susząc ręcznikami kota. Mały czarnuch jest dziwny, mruczał głośno a go nawet nie pieściliśmy.
-Pewnie jest zadowolony, że kończymy.-zaśmiałam się.
-Pewnie masz rację.-poparł mnie Ed z uśmiechem.-Jak go nazwiesz?-spytał wesoło.
-Nie wiem. Może Alan?
-Niby dlaczego "Alan"?
-Alan znaczy "harmonia", a mnie przyda się spokój wewnętrzny.-odparłam.
-Uzasadnione.
~~~ Sonia ~~~
-Piękna suknia.-powiedziałam wpatrując się w moją rodzicielkę.
Stała przy lustrze i przyglądała się sobie. Jej blada skóra pasowała do tej bieli. Moja matka wyglądała naprawdę uroczo w tej sukni.
-Dość prosta.-odparła Lilianna szeptem.
-Nie chcę innej. To ta.-powiedziała radośnie Amanda.
Przytuliłam się do matki i uśmiechnęłam się do niej.
-Będziesz cudownie wyglądać.-oznajmiłam jej.
-Mam taką nadzieję.-zaśmiała się.
Spojrzałam na szatynkę, moją przyszłą siostrę. Była smutna. Rozumiałam ją, będzie miała nową mamę. Z tego co Amanda powiedziała mi o niej to to, że jej mama umarła w wypadku samochodowym. Już jest 11 stycznia, za 7 dni będzie ich ślub. Nic dziwnego, że dziewczyna ma doła.
Podeszłam do niej, wystawiłam do niej dłonie, chciałam ją uściskać. Jednak kiedy dziewczyna podniosła głowę, dostrzegłam łzy w jej oczach, szybko wybiegła z salonu.
-Co się jej stało?-zapytała zaskoczona zachowaniem Lilianny, Amanda.
-Nie wiem.-odparłam cicho.
~~~ Ed ~~~
-Dobrze się czujesz?-spojrzałem na przyjaciółkę.
-W sumie to tak.-odparła przesuwając sofę razem ze mną pod ścianę.
Wyprostowaliśmy się i patrzyliśmy na siebie.
-Chcesz pogadać?-zapytałem ją.
-Nie na razie. Dokończmy najpierw.-powiedziała zrywając folię ze sofy.
* Godzina później *
Patrzyliśmy na wnętrze jej nowego domu. Było naprawdę ładne. Ogólnie, jej mieszkanie było przestronne, ściany były utrzymane w pastelowych kolorach, a meble były albo ze szkła albo z ciemnego drewna, ale jeśli chodzi o kanapę, łóżka, one były utrzymane w białych odcieniach.
-Po co ci takie duże mieszkanie?-spytałem siadając.
-Nie lubię małych kawalerek, duszę się w nich. Poza tym, dlaczego nie? Stać mnie już na własne mieszkanie.-mówiła z zadowoleniem.
Wpatrywałem się w nią i nie wiedziałem o co chodzi.
-Dostałam pracę w szkole, w High School, za Londynem, w jakimś miasteczku, tyle dobra, że oddalona jest o 20 km.
-Cudownie!-przytuliłem ją.-Ale, skoro dostałaś tam pracę, dlaczego tutaj znalazłaś mieszkanie?
-Wolę mieszkać w mieście, poza tym, mam tutaj blisko do wszystkiego, a tam raczej nie.
-Przyjęli cię, mimo, że jeszcze na studiach wieczorowych jesteś?
-Przyjęli mnie na praktykę, ale od razu powiedzieli, że jeśli dużo uczniów mnie polubi, będą do mnie przychodzić z problemami i będę rozwiązywać konflikty między uczniami, mam już pracę załatwioną po studiach, u nich, jako pełnoetatowy psycholog szkolny.
-Jestem z ciebie dumny.-oznajmiłem szczerząc się do niej.
-Ja z siebie też.-przyznała.
~~~ Lilianna ~~~
-Przepraszam, mamo.-parzyłam na grób mojej rodzicielki.
Położyłam fioletową i niebieską róże na jej nagrobku. Usiadłam na ławeczce przed jej grobem. Nim się obejrzałam, płakałam żałośnie na samo wspomnienie o mojej mamie.
Tak bardzo ją kochałam, a ona mnie opuściła. Nadal ją kocham. Już nikt nie śpiewa przy robieniu naleśników. Nikt nie śmieje się z samego faktu, że dziś niedziela. Nikt nie odwiedza sąsiadów z szarlotką w ręku. Nikt nie spędza ze mną godzin na spacerach w ciszy. Nikt nie wskakuje w ubraniach do jeziora i się śmieje jak szalony. Nikt nie jest taki jaka moja mama była. Wspomnienia zawsze zostaną we mnie, ale wspomnienia to nie to samo co mieć ją przy sobie, w sensie fizycznym.
Poczułam czyjąś obecność jak i dłoń na moim ramieniu. Obróciłam się nagle i spojrzałam na tę osobę. Mój ojciec, miał łzy w oczach, a jednak się uśmiechał.
-To tutaj znikasz na całe dnie?-spytał łamiącym się głosem.
Milczałam. Dosiadł się do mnie i położył bukiet czerwonych róż na grobie. Owinął swoją dłoń o moje ramiona. Spięłam się automatycznie.
Jego ciepło dobrze na mnie działo, a jednak czułam, że zaraz powiem mu coś niemiłego. Po prostu zawsze czułam się nieswojo w jego towarzystwie, od czasu wypadku.
-Przepraszam, skarbie.. Przepraszam, że nam ją odebrałem.. Przepraszam.-wtulił się we mnie i jak małe dziecko zaczął płakać.
Długo nie wytrzymałam siedząc niewzruszona. I ja dołączyłam do płaczu, wołającego o przebaczenie, o jej powrót, o wszystko co było, żeby zostało przywrócone.
-Czego chcesz?-zapytałam wpuszczając Ed'a do mojego mieszkania.
Chłopak zaczął się rozglądać po moim mieszkaniu, następnie mierzył mnie, wyglądał na rozbawionego. Moje mieszkanie było pełne kartonów, różnych pudeł i niepoustawianych mebli, które były nowe i jeszcze we folii. Moja biała koszula była prawie cała mokra, a czarne legginsy były lekko pomoczone, moje włosy, które były poprzednio uczesane w kok, teraz były rozczochrane jakbym się tarzała. Z mojej łazienki dochodziły dziwne miałki, więc rudzielec patrzył na mnie jak na wariatkę.
-Co to?-wskazał na drzwi.
-Nie ważne. Nie idź tam.-powiedziałam szorstko.
Jak zwykle mnie nie posłuchał. Otworzył drzwi, a na mieszkanie wyleciał mały czarny kot, cały mory, w pianie. Mężczyzna zaczął się śmiać.
-Kot?! Serio?!-śmiał się.
-Znalazłam go obok śmietnika, jest wychudzony, więc myślę, że jest niczyj, a nawet jeśli to opiekunowie byli do bani, że kociak głoduje. Próbowałam go wykąpać, bo dziwnie śmierdział, ale nie daje się. Jest drażliwy. Jego humor nie jest najlepszy.-wskazałam na moje ramię, gdzie była rana, co prawda już opatrzona, ale jednak.-Nieźle, co? Ma niezłe pazurki.-skomentowałam.
Ed złapał kota i wtulił go w siebie, aby się nie wyrywał.
-Mogę?-zapytał a ja przytaknęłam.
Chłopak wsadził kota do wody, ale ten zaczął się wyrywać i znowu wyskoczył z wanny. Rudzielec pogonił za nim, a ja spuściłam wodę. Zdecydowałam, że lepiej, aby opukać go słuchawką od prysznica. Po 3 minutach, już siedzieliśmy pod ścianą, na podłodze, susząc ręcznikami kota. Mały czarnuch jest dziwny, mruczał głośno a go nawet nie pieściliśmy.
-Pewnie jest zadowolony, że kończymy.-zaśmiałam się.
-Pewnie masz rację.-poparł mnie Ed z uśmiechem.-Jak go nazwiesz?-spytał wesoło.
-Nie wiem. Może Alan?
-Niby dlaczego "Alan"?
-Alan znaczy "harmonia", a mnie przyda się spokój wewnętrzny.-odparłam.
-Uzasadnione.
~~~ Sonia ~~~
-Piękna suknia.-powiedziałam wpatrując się w moją rodzicielkę.
Stała przy lustrze i przyglądała się sobie. Jej blada skóra pasowała do tej bieli. Moja matka wyglądała naprawdę uroczo w tej sukni.
-Dość prosta.-odparła Lilianna szeptem.
-Nie chcę innej. To ta.-powiedziała radośnie Amanda.
Przytuliłam się do matki i uśmiechnęłam się do niej.
-Będziesz cudownie wyglądać.-oznajmiłam jej.
-Mam taką nadzieję.-zaśmiała się.
Spojrzałam na szatynkę, moją przyszłą siostrę. Była smutna. Rozumiałam ją, będzie miała nową mamę. Z tego co Amanda powiedziała mi o niej to to, że jej mama umarła w wypadku samochodowym. Już jest 11 stycznia, za 7 dni będzie ich ślub. Nic dziwnego, że dziewczyna ma doła.
Podeszłam do niej, wystawiłam do niej dłonie, chciałam ją uściskać. Jednak kiedy dziewczyna podniosła głowę, dostrzegłam łzy w jej oczach, szybko wybiegła z salonu.
-Co się jej stało?-zapytała zaskoczona zachowaniem Lilianny, Amanda.
-Nie wiem.-odparłam cicho.
~~~ Ed ~~~
-Dobrze się czujesz?-spojrzałem na przyjaciółkę.
-W sumie to tak.-odparła przesuwając sofę razem ze mną pod ścianę.
Wyprostowaliśmy się i patrzyliśmy na siebie.
-Chcesz pogadać?-zapytałem ją.
-Nie na razie. Dokończmy najpierw.-powiedziała zrywając folię ze sofy.
* Godzina później *
Patrzyliśmy na wnętrze jej nowego domu. Było naprawdę ładne. Ogólnie, jej mieszkanie było przestronne, ściany były utrzymane w pastelowych kolorach, a meble były albo ze szkła albo z ciemnego drewna, ale jeśli chodzi o kanapę, łóżka, one były utrzymane w białych odcieniach.
-Po co ci takie duże mieszkanie?-spytałem siadając.
-Nie lubię małych kawalerek, duszę się w nich. Poza tym, dlaczego nie? Stać mnie już na własne mieszkanie.-mówiła z zadowoleniem.
Wpatrywałem się w nią i nie wiedziałem o co chodzi.
-Dostałam pracę w szkole, w High School, za Londynem, w jakimś miasteczku, tyle dobra, że oddalona jest o 20 km.
-Cudownie!-przytuliłem ją.-Ale, skoro dostałaś tam pracę, dlaczego tutaj znalazłaś mieszkanie?
-Wolę mieszkać w mieście, poza tym, mam tutaj blisko do wszystkiego, a tam raczej nie.
-Przyjęli cię, mimo, że jeszcze na studiach wieczorowych jesteś?
-Przyjęli mnie na praktykę, ale od razu powiedzieli, że jeśli dużo uczniów mnie polubi, będą do mnie przychodzić z problemami i będę rozwiązywać konflikty między uczniami, mam już pracę załatwioną po studiach, u nich, jako pełnoetatowy psycholog szkolny.
-Jestem z ciebie dumny.-oznajmiłem szczerząc się do niej.
-Ja z siebie też.-przyznała.
~~~ Lilianna ~~~
-Przepraszam, mamo.-parzyłam na grób mojej rodzicielki.
Położyłam fioletową i niebieską róże na jej nagrobku. Usiadłam na ławeczce przed jej grobem. Nim się obejrzałam, płakałam żałośnie na samo wspomnienie o mojej mamie.
Tak bardzo ją kochałam, a ona mnie opuściła. Nadal ją kocham. Już nikt nie śpiewa przy robieniu naleśników. Nikt nie śmieje się z samego faktu, że dziś niedziela. Nikt nie odwiedza sąsiadów z szarlotką w ręku. Nikt nie spędza ze mną godzin na spacerach w ciszy. Nikt nie wskakuje w ubraniach do jeziora i się śmieje jak szalony. Nikt nie jest taki jaka moja mama była. Wspomnienia zawsze zostaną we mnie, ale wspomnienia to nie to samo co mieć ją przy sobie, w sensie fizycznym.
Poczułam czyjąś obecność jak i dłoń na moim ramieniu. Obróciłam się nagle i spojrzałam na tę osobę. Mój ojciec, miał łzy w oczach, a jednak się uśmiechał.
-To tutaj znikasz na całe dnie?-spytał łamiącym się głosem.
Milczałam. Dosiadł się do mnie i położył bukiet czerwonych róż na grobie. Owinął swoją dłoń o moje ramiona. Spięłam się automatycznie.
Jego ciepło dobrze na mnie działo, a jednak czułam, że zaraz powiem mu coś niemiłego. Po prostu zawsze czułam się nieswojo w jego towarzystwie, od czasu wypadku.-Przepraszam, skarbie.. Przepraszam, że nam ją odebrałem.. Przepraszam.-wtulił się we mnie i jak małe dziecko zaczął płakać.
Długo nie wytrzymałam siedząc niewzruszona. I ja dołączyłam do płaczu, wołającego o przebaczenie, o jej powrót, o wszystko co było, żeby zostało przywrócone.








