piątek, 28 czerwca 2013

Rozdział 30.

~~~ Rupert  ~~~

-Bal maskowy?-zaśmiałem się z pomysłu Harry'ego.
-No tak. Czemu niby nie?-szatyn spojrzał na mnie.
-No nic, nic.-śmiech nie zniknął z mojej buzi.
-A ja uważam, że to dobry pomysł.-Ed zaczął się przyglądać zamówionym przez Harry'ego alkoholu.
-A ty czasem nie przesadzasz?-spytałem mierząc go.
-Spokojnie. Nie przesadzę z tym.-podniósł jedną z butelek.-Będę miał towarzystwo, a nie chcę zrobić złego wrażenia.
-Czyżby nasz Teddy się zadużył w szatynce, której imienia nie zna?-zaśmiałem się ponownie.
Rudzielec spojrzał na mnie i prychnął pod nosem, co wywołało u Noel uśmiech - pierwszy w tych dwóch dniach. Dziewczyna wpatrywała się ciekawsko w Ed'a z uśmiechem na ustach. Kiedy ich spojrzenia się skrzyżowały - wybuchli śmiechem. W mgnieniu oka całą nasza czwórka zanosiła się śmiechem. Może to głupio zabrzmi, ale polubiłem śmiech tej dziewczyny, jest taki dźwięczny, perlisty, kiedy się go słyszy, wtedy chce się samemu śmiać.
-Widzę, że wyszłaś z dołka?-spojrzałem na Nell.
-Powiedzmy, że jestem na urlopie.-zażartowała.
Jej wzrok mówił milion rzeczy. Kiedy patrzyła w moje oczy, przelała na mnie mnóstwo swoich własnych uczuć. Chciałem krzyczeć, gdy spostrzegłem cierpienie w niej, które do nikąd się nie wybiera. Wzbudziła we mnie coś więcej niż zwyczajnego mnie. Pragnąłem dla niej lepiej - aby była szczęśliwa, żeby nie martwiła się, nie wpadała w dołki.
Nim się obejrzałem, siedziałem tylko ja i Noel w salonie.
-Gdzie oni poszli?-zapytałem a szatynka uśmiechnęła się rozkosznie.
-Po balony.-po jej minie widziałem, że chce płakać i śmiać się jednocześnie.
-Czym się martwisz?-wpatrywałem się w nią badawczo.
Westchnęła ociężale. Wiedziałem, że zadałem złe pytanie. Zasmuciła się, a była radosna - zepsułem jej humor.
-Wszystkim?-uśmiechnęła się nerwowo.
Patrzyłem na nią pytająco. Nie odpowiadało mi to, że jej odpowiedź była taka ogólna.
-Chodzi o ojca, o Sonię, Nikki, moją matkę..-widziałem, że jej ciężko.-O mnie.-unikała mojego spojrzenia.-Wiesz, trudno jest walczyć ze samym sobą. Z własnymi uczuciami.
-Może czas przestać ukrywać uczucia i zacząć je uwidaczniać. Założę się, że twoje uczucia są wyjątkowo piękne.-po wypowiedzeniu tych słów, chciałem zapaść się pod ziemię.
Nie żebym żałował ich, powiedziałem prawdę, to co chciałem, ale żałowałem, że je wypowiedziałem na głos.
Mimo to, że się ośmieszyłem - Noel przestałą unikać mojego wzroku, sama swój podniosła. Nasze spojrzenia się przecięły. Widziałem ten żar, który był w jej oczach. Długo się nie odzywała. Pewnie zastanawiała się nad tym co właśnie usłyszała.
Kiedy tak czekałem na jej reakcję, ona zaczęła chichotać. Na mój pytający wzrok powiedziała.:
-Prawie ci uwierzyłam, ty amancie.-jej śmiech tym razem nie wzbudził we mnie rechotu.
Poczułem się źle. Przez tyle czasu, ona nadal uważa, że żartuję.
Dlaczego tak trudno jej uwierzyć, że ktoś chce ją pokochać - że ktoś zaczyna ją kochać mimo, że nie wie nawet dlaczego.

~~~ Liliana ~~~

Leżałam na moim świeżo zaścielonym łóżku i patrzyłam w sufit. Zastanawiałam się nad pewnym zdarzeniem, które wydarzyło się przed kilkoma dniami, w Boże Narodzenie, w południe, za Londynem. Nie mogłam uwierzyć, że ktoś zainteresował się mną, a nie Danielle. Dokładnie ta sama osoba, ale nie mówił ani razu o niej.
-Ed..-jęknęłam cicho do samej siebie.
W oczach stanął mi obraz słodkiego rudzielca, jego błękitnych oczu, nieskazitelnie pięknych oczu.
Mogłabym wpatrywać się w nie wieczność. - Ta myśl zaskoczyła mnie. Wiedziałam, że to prawda. Mimo krótkiego czasu jaki spędziłam z nim, polubiłam go, bardzo, bardziej niż się spodziewałam. Na początku uważałam go za gwiazdkę, której uderzyła sodówka do głowy, ale najwyraźniej pomyliłam się.
-Nie wiem co on w niej widział.-szept wkradł mi się na usta.-Danielle ani nie jest miła, ani jakoś szczególnie ładna.-mruczałam cicho do siebie.
Nim spostrzegłam zaczęłam mówić do samej siebie najgorsze cechy Dan. Zdenerwowana wyskoczyłam z łóżka jak oparzona.
-Boże.. Jestem zazdrosna o chłopaka, z którym zamieniłam kilka słów. No dobra, nie kilka, trochę więcej. Jednak to nie zmienia faktu, że nie znam go za dobrze - prawie w ogóle go nie znam. A teraz gadam sama ze sobą.-uderzyłam się lekko w policzek z otwartej dłoni, nie został nawet ślad.
W momencie kiedy się delikatnie uderzyłam, do mojego pokoju weszła Amanda ze swoim głupim uśmiechem. Zdezorientowana spojrzała na mnie.
-Przewidziało mi się czy właśnie uderzyłaś samą siebie?-zapytała wchodząc w głąb pomieszczenia.
-Przewidziało ci się.-skłamałam i w tym samym czasie usiadłam na łóżko.-Czego chcesz?-spytałam oschle.
Kobieta przechyliła głowę w prawo, później w lewo, następnie się wyprostowała.
-Pragnę cię powiadomić, że ślub został przyspieszony.-mówiła z szerokim uśmiechem.-Ślub wraz z weselem odbędzie się 18 stycznia.
-I dlaczego ty mi to mówisz? Ojciec sam pofatygować się nie mógł?-zakpiłam.
-Pojechał wysłać zaproszenia oraz musi zamówić osobiście salę w centum Londynu, będzie pod wieczór.-już miała wychodzić, kiedy się obróciła ponownie w moją stronę.-Mamy oboje nadzieję, że zostaniesz dziś z nami, Nowy Rok, spędzony samotnie, nie wróży nic dobrego na przyszłość.-jej słowa wzbudziły we mnie irytację.
-Będę robić co chcę. Prędzej rzucę sie pod samochód, niż spędzę z wami Sylwestrową noc.-widziałam, że po moich słowach zrobiło jej się smutno, ale jakoś nie mogłam wydusić z siebie przeprosin.
Bez słowa wyszła z mojego pokoju. Wiedziałam, że źle ją potraktowałam, ona chciała dobrze, a ja zachowałam się jak debilka. Po prostu trudno mi zaufać komuś, kto chce zastąpić mi własną matkę. Niby już od dawna jest z moim ojcem, ale jakoś średnio mi pasuje to, że mój własny, biologiczny ojciec zdradzał moją rodzicielkę.
Nawet nie zdążyłam dokładnie wysiedzieć miejsca na łóżku, kiedy mój telefon zaczął dzwonić.
-Halo?-odebrałam widząc, że dzwoni do mnie osoba, która już raz mi poprawiła humor.
-Co ty na to, abyś przyszła do mnie dziś?-głos Ed'a rozległ się w słuchawce.
-Po co?-zapytałam ciekawa.
-Impreza, a dokładnie bal maskowy.
-Bal maskowy?-spytałam.
-No tak, przed chwilą to powiedziałem.-zaśmiał się.
-Oczywiście, że przyjdę.-potwierdziłam.-O której?
-O 22 zaczyna się zabawa. Będę czekać na ciebie w środku.-na jego słowa zrobiło mi się dziwnie ciepło na sercu.
-A są jakieś wymogi co do imprezy?
-Jak sama nazwa mówi, musisz być w masce.-znowu usłyszałam jego dźwięczny śmiech.
-Do zobaczenia w takim razie.-rozłączyłam się z uśmiechem na twarzy.

~~~ Sonia ~~~

Patrzyłam niemo w przestrzeń. Obecnie byłam w szpitalu, siedziałam wraz z Nikki na niebieskich siedzeniach przed salą mojego ojca. Nienawidziłam się za to, że nie mogłam pomóc mu. Byłam bezradna - czułam odrazę do tego uczucia. Kiedy ktokolwiek nie mógł wpłynąć na coś co się dzieje wokół niego/niej, nie jest miło, trudno uwierzyć w to. Zawsze życie układa się, ale czasem dobre zakończenia nie dotyczą niektórych ludzi. Było mi źle, z samą sobą. Byłam pewna, że Noel czuje tak samo, a bynajmniej czuła. Teraz już sama nie wiem co ona czuje. Uciekła stąd, ode mnie, od Nikki, od ojca. Pewnie już się wyprowadziła.
Nie uśmiecha mi się spędzać Nowy Rok w szpitalu, ale nie mam wyjścia. Co mam innego robić? Upić się do upadłego? Użalać się nad sobą? Czy pójść do baru z Nikki? To jakiś żart? A może mam oglądać komedię w domu, kiedy mój ojciec umiera? Nigdy nie potrafiłam oderwać myśli od czegoś co mnie niepokoiło, co mnie denerwuje..
Spojrzałam na córkę, która oparła się o moje ramię i przymknęła oczka. Wyglądała jak mały aniołek. Taka kruszynka. Wszyscy mówią, że jest podobna do mnie, przynajmniej do mnie młodszej, kiedy miałam tyle lat ile i ona. Wiem, że geny za to odpowiadają, ale jednak nie widzę siebie w niej, mi bardziej przypomina jej ojca..
Westchnęłam. Nie czułam zmęczenia, nie mogłam iść spać. Ona zasnęła, a ja? Pomrukując nad swoim losem, wstałam i wzięłam Nikki na ręce. Pod jej ciężarem lekko się zatoczyłam w prawo i zahaczyłam o jedno z niebieskich plastikowych, szpitalnych krzesełek. Po chwili złapałam równowagę i wyprostowałam się. Niosąc małą, szłam do przodu, mijając innych ludzi - odwiedzających, pacjentów, lekarzy, pielęgniarki - starałam się nie uronić ani jednej łzy, mimo trudu, udało się, nie pokazałam jak ciężko mi na duszy. Doszłam do samochodu i od razu ułożyłam jedynaczkę na siedzeniu z tyłu, zapięłam jej pas i zamknęłam drzwi. Usiadłam z przodu, za kierownicą i odpaliłam auto. Wyjechałam z parkingu przed szpitalem, następnie ruszyłam w kierunku domu, w którym się wychowywałam.

* 5 minut później *

Wnosząc dziecko do domu, do salonu, prawie w ogóle nie odczułam jej ciężaru. Położyłam ją na kanapie i przykryłam ją fioletowym, pluszowym kocykiem. Usiadłam obok niej i wpatrywałam się w ściany, które otaczały mnie.
Co dalej? 
Nie wiedziałam co robić. Czekałam na jakiś znak. Czekałam, czekałam i czekałam jeszcze dłużej. Znak ociągał się. Chciałam walić głową w ściany, które - jak wydawały mi się - nadawały się do tej czynności. W pewnej chwili usłyszałam dźwięk dzwoniącego telefonu. Było już dość późno, dlatego się zdziwiłam. Zaskoczona osobą dzwoniącą do mnie - odebrałam.
-Mam jeszcze urlop.-oznajmiłam niepewnie.
-Oczywiście. Jako, że jest kilka minut przed 24, życzę ci spełnienia marzeń, żebyś więcej zarabiała, zdrowia dla ciebie i rodziny oraz miłości.-słyszałam procenty w głosie mojego pracodawcy.
-Jest dopiero przed 22, ale to nic.-zaśmiałam się sztywno.-Tobie też życzę zdrowia, szczęścia, miłości.-odwzajemniłam życzenia, mimo wszystko nie mogłam wycisnąć z siebie milszego głosu.
Byłam załamana. Nie potrafię udawać innych uczuć niż odczuwam, niestety - nie jestem fałczywą osobą. Nie potrafię dawać złudnych nadziei innym.
Po krótkiej ciszy między nami - bo w słuchawce słyszałam, że po jego stronie jest niezła impreza, było naprawdę głośno - odezwał się Patrick.-Sonia, co myślisz na spotkanie ze mną? Tak jakby randka?-spytał.
-Nie sądzę, aby to był dobry pomysł.-oznajmiłam zaskoczona pytaniem szefa.
W słuchawce usłyszałam ciche odchrząknięcie, następnie jego reakcję.
-Masz rację.-mówił już ochłonięty.-Pewnie i tak nic z tego dobrego, by nie wyszło.
Po rozłączeniu się z mężczyzną czułam się inaczej. Po tylu latach poczułam, że ktoś się mną zainteresował, ktoś inny niż dzieciak o brązowych włosach, który kręci z każdą dziewczyną, którą spotka. Czy naprawdę tak dużo żądałam? Czy żądanie kogoś kto się mną zainteresuje i nie będzie moim szefem to tak dużo?

sobota, 22 czerwca 2013

Rozdział 29.

~~~ Ed ~~~

-Wyrwać się z domu bez przyczyny jest nawet dobrze, nie sądzisz?-spojrzałem na Noel, która tylko zerknęła na mnie i od razu spuściła wzrok.-Oh, daj spokój, będzie dobrze.-pocałowałem ją w polik i odwróciłem się do chłopaków.-Skąd wytrzasnęliście takie miejsce niedaleko Londynu?-zaśmiałem się na widok kanap z czerwonej skóry, baru, który obsługiwały różnobarwne kobiety w różowych fartuszkach i starej maszyny, do której wrzucało się drobne i zamawiało się muzykę, która akurat jest dostępna.
Ściany były obklejone tapetą niczym z lat 80, co przyznam - podobało mi się. Okolice Londynu, takie miejsce. Nawet nie wiedziałem, że będę mógł odwiedzić takie miejsce! Może i za bardzo się podniecam, ale podoba mi się tutaj, jest niesamowicie..
-Jeszcze przed wyjazdem do Nowego Jorku znalazłem to miejsce z Louisem.-odezwał się Harry.
Rupert uśmiechnął się pod nosem.-Idę po piwo, chcecie coś?-spytał.
-Mi i Harre'mu weź też, Noel chcesz coś?-chciałem wszystko przyspieszyć.
-Pójdę zobaczyć co mają w menu.-mruknęła wstając z kanapy, ruszyła w stronę baru a za nią rudzielec.
Spojrzałem na Harre'go.-Coś się znowu dzieje między tobą a Louisem? Jakieś kolejne załamania w przyjaźni?-pytałem, a brunet tylko potrząsnął lokami w odpowiedzi "tak".
-Chcesz porozmawiać?-zapytałem.
-Zły czas i miejsce na takie rozmowy.-mruknął cicho patrząc w kierunku jakiejś dziewczyny siedzącej samej kilka stolików dalej. Miała ciemne włosy, delikatne rysy twarzy, podobała mi się. W pewien sposób działa na mnie.
-Fajne włosy..-szepnąłem sam do siebie, a szatyn zaczął się śmiać cicho z aprobatą.

~~~ Noel ~~~

-Jak może smakować ciasto z kajmakiem?-szepnęłam do siebie ironicznie.-Przecież to wygląda jak rzygi. Jak coś wyjęte psu z gardła.-patrzyłam w menu.
Po bardzo krótkiej chwili usłyszałam jak ktoś się śmieje nad moim uchem, nie byle kto, już tyle z nim przebywałam, że rozpoznałam jego śmiech - Rupert.
Ostatnimi tygodniami to on był przy mnie, raz nawet nocowałam u niego w mieszkaniu, może z trzy razy. Ale nic się nie wydarzyło - ma kilka sypialni dodatkowych - i to raczej dobrze. Raz nocuję u Ed'a, drugi raz u Ruperta i jak na razie jest dobrze, nie wiem jak długo, ale na razie - oficjalnie mieszkam u Ed'a, ale czasem i on chce spokoju, co rozumiem. Szukam pracy, co jest trudne, na dodatek - robię szkołę zaoczną z pedagogiki i prawdopodobnie będę pracować w szkole, ale nic nie jest jeszcze pewnego. Telefonów od siostry nie odbieram, wiem, ze nie wróciła jeszcze do Londynu, a matka nie ma mojego telefonu co wydaje mi sie znakomite, nie wybaczę jej, nigdy. W takich momentach przypominam sobie słowa w piosence Ed'a - In Memory. Napisał tą piosenkę, kiedy jego kuzyn - Patrick - popełnił samobójstwo, mieliśmy około 10 lat, rudzielec załamał się, z resztą ja też, w końcu byłam nim zauroczona, miał 15 lat, był taki jak my, sam i dziwny, nie radził sobie bo nikogo nie miał a to jest straszne - nie mieć nikogo, rodzina nie była taka jaka powinna, zawsze nie był "dość dobry", był "tym złym" - bolało go to, miał dość, zrobił to i niestety mu się udało - powiesił się, w dniu kiedy wszyscy wyjechali a on został sam w domu. Ja też nigdy nie zapomnę go, to pewne, a dziś jest jego rocznica śmierci, aż jestem ciekawa czy Ed pamięta.. To mojej sytuacji bardziej pasuje - Moody Ballad. Jednak nie chcę się rozczulać. Moja matka jest kłamczuchą, a ojciec umiera - pogodziłam się z tym.
-Nad czym myślisz?-zapytał ciepło Rupert.
-Co zamówić.-odpowiedziałam.-Osiem kawałków ciasta francuskiego z malinami i bitą śmietaną.-poprosiłam kobietę za ladą, a ona odpowiedziała mi uśmiechem oraz powiedziała, że zaraz kelnerka je zaniesie na stół.
Spojrzałam na dłonie rudzielca, w których już były 3 butelki piwa. Nawet nie chciałam wiedzieć jakiego, nie lubię alkoholu, czasem fajnie wypić, ale muszę mieć dzień, a dziś na pewno to nie było to.
Usiadłam na poprzednie miejsce i zapatrzyłam się w stół. Nie czułam się dobrze. W ogóle się nie czułam. Nie wiedziałam co powinnam czuć. Było mi źle, ciężko na duszy.
-Co ci?-szturchnął mnie lekko uśmiechnięty Ed, a Harry i Rupert dyskutowali o jakimś filmie akcji.
-Dziś wigilia, a my siedzimy w jakiejś małej, przydrożnej kawiarence.-spojrzałam na niego i powiedziałam wymijająco.
-I o to ci chodzi?-szepnął.
-Nie tylko..
-To o co?
-Nie ważne.-mruknęłam zajmując się ciastem, które przyniosła kelnerka.
-Jak chcesz.-dał sobie spokój.
Postanowiłam siedzieć, nic nie robić, zjeść a następnie skupić swoją uwagę na kolorowych ścianach.

~~~ Sonia ~~~

-Nikki! Wychodź. Pomóż mi nakryć do stołu!-stałam w kuchni i czekałam aż blondyneczka przyjdzie, ale czas leciał, a ona nie pojawiała się.-Nikki!-zdenerwowałam się.
Zostawiłam robienie makowca i poszłam do pokoju Noel, w którym małam często przesiadywała. Od razu jak weszłam do pokoju, córka wstała spod okna. Zauważyłam, że płakała. Podeszłam bliżej i uścisnęłam ją, co niechętnie odwzajemniła.
-Co się stało?-spytałam.
-I tak nic nie zmienisz!-słyszałam jej zrozpaczony głos.
-Skarbie.. Skąd wiesz.
-Kiedy przychodzi ta kobieta, karzesz mi tu siedzieć, ale ja nic złego nie zrobiłam! To niesprawiedliwe!-wyrzuciła z siebie, a ja automatycznie pogrążyłam się w smutku i żalu.
-Przepraszam cię. Nie chciałam cię ukarać. Po prostu nie chcę, aby ta kobieta wiedziała, że mam dziecko, ona nie jest taka wyrozumiała na jaką wygląda.
Jeszcze raz ją uścisnęłąm i wstałam z kolan.
-To co, pomożesz mi?-zapytałam.
Nikki pokiwała wesoło głową, żę się zgadza.

~~~ Rupert ~~~

Obserwowaliśmy jak Ed stara się znaleźć wspólny temat z szatynką, która w wielkim zaangażowaniu starała się słuchać muzyki z maszyny. Jednak rudzielec się nie poddwał i nadal starał sie nawiązać rozmowę z dziewczyną.
-Muszę sobie kogoś znaleźć.-odezwał się Harry.
Noel od razu się obróciła i spojrzała na niego - po raz pierwszy dzisiaj - z uśmiechem.
-Raczej wielkich problemów nie będziesz miał. Przecież jesteś Harry Styles.-niby się zaśmiała a jednak było można wyczuć odrobinę kpiny.
Słysząc jej głos, wywnioskowałem, że ma w sobie procenty alkoholowe. Szatyn zmierzył ją nerwowym wzrokiem.
-Jest trudniej niż myślisz.-mruknął.
-Są blisko, a ty patrzysz dalekim wzrokiem.
-Harry ma swój określony typ.-wtrąciłem swoje trzy grosze, po czym się zaśmiałem.
Dziewczyna spojrzała na mnie pytająco, a chłopak mnie szturchnął w ramię.
-Po pierwsze, woli blondynki.
Noel w ogóle się nie przejęła, że nie jest w typie sławnego, młodego mężczyzny.
-Przecież blondynek też jest dużo.-skomentowała.
-Ale on nie lubi wszystkich blondynek.-powiedziałem, a szatyn lekko się zarumienił.
-Czyli? Lubi z brązowymi oczami? Dużym biustem? Długimi nogami?
-Nie kwestia biustu i nóg. Chodzi o wiek.
-Lubi młodsze? To nie zmienia sprawy. Nadal łatwo je znaleźć, poderwać.
-Niekoniecznie młodsze. Lubi strasze, ale nie za bardzo. Też lubi w swoim wieku. Woli, aby kobieta, z którą  jest, miała jakieś doświadczenie. Harry lubi coś nowego doświadczać.-zacząłem się śmiać, a Noel po chwili dołączyła do mnie.
Kiedy się uspokoiliśmy, dziewczyna zaczęła podpowiadać szatynowi gdzie można najwięcej spotkać blondynki po 22. Obserwowałem jak rudzielec tańczy spokojnie z szatynką, która się wesoło śmiała. Jak widać spodobali się sobie.

* Godzina później *

Szatynka, z którą rozmawiał Ed poszła przed kilkoma minutami z baru, a rudzielec był szczęśliwy, ponieważ dostał jej numer. Imię tej dziewczyny było nadal zagadką, bo chłopak zapomniał nawet zapytać o nie.
-Ciesz się, przynajmniej masz jej numer telefonu.-zażartowała Noel, a Harry chichotał.
-Ale nie wiem jak ją nazwać.-powiedział wpisując numer w telefon.
-Nazwij - "zastępczyni Danielle".-uszczypliwość dziewczyny zdenerwowała rudzielca.
Rzucił jej ostre, ostrzegawcze spojrzenie. Dotknęła go. Wiedziała o tym. Nie wiem czy chodziło jej o to, ale nie zareagowała na to, że zdenerwowała przyjaciela. Może alkohol tak mocno na nią działa.
-O co ci chodzi?-zapytał.
-Jestem ciekawa kogo teraz zastąpisz. Bo wszystkich zastępujesz. Kiedyś mnie. Danielle. Patrick'a.-ostatnie imię wzbudziło w rudzielcu wiele emocji.
Nawet nie wiedziałem kto to. Po minie Harry'ego wywnioskowałem, że też nie wie o kogo chodzi jej. Ed w amoku stuknął wściekle dłonią w stół. Opanowując emocje, wstał z miejsca.
-Co cię do kurwy wzięło, aby wyciągnać brudy?!
-Brudy?! To nie brud!
-Wiem o tym! Tak tylko powiedziałem. Co cię boli!?
-Dziś rocznica, Ed! Kolejna! Zapomniałeś! To mnie boli!-zdenerwowana, bliska płaczu Noel wybiegła z lokalu, a za nią Ed.

~~~ Noel ~~~

Usiadłam na ławce przed lokalem. Patrzyłam w dal. Czułam jak ktoś się przysiadł do mnie. Czułam jego perfumy, podobały mi się, zawsze uwielbiałam je. Chwilę siedzieliśmy w ciszy, aż w końcu się odważyłam i odezwałam.
-Przepraszam. Po prostu czuję się jakbym rozpadała się na kawałki. Czuję się źle. Mam gorsze dni, w sumie to tygodnie. Potrzebuję cię w pewien sposób. Nie mogę cię zastąpić, wiesz o tym.-powiedziałam siedząc obok Ed'a na ławce.
-Już długo masz złe tygodnie. Może idź do psychiatry..-szepnął zdenerwowany.
-Nie jestem świrem. Poradzę sobie bez antydepresantów.-syknęłam w jego stronę.
-Jak chcesz.-nie przejął się moim jadem.-Nie da się mnie zastąpić?-zakpił ze mnie.-Jakoś Rupertowi się udaje.-jego słowa mnie zraniły.
-Daj spokój.-czułam jak łzy ładują się mi jak pociski pod moimi powiekami.-On to nie ty. To nie to samo!
Spojrzałam na rudzielca pełna bólu. Po chwili wyczuł, że patrzę na niego, więc zerknął i na mnie. Nasze spojrzenie skrzyżowały się.
-Lubisz go?-spytał mnie.
-Jasne. Jest miły.-mój głos lekko drżał.
-Nie chodzi mi o takie lubienie.-odrzekł.-Lubisz go jak Harry'ego, mnie czy kogoś jeszcze więcej?-jego głos wydawał się być podobnie zdenerwowany jak moje myśli.
-Muszę odpowiadać?-pokiwał lekko głową.-Sama nie wiem. Na pewno nie tak jak Harry'ego, nie żeby coś, Harry jest sympatyczny, ale lubię go tylko jako kolege. Przy tobie czuję się swobodnie, nie boję się być sobą. Jednak Rupert.. On.. To takie dziwne.-uśmiechnęłam się na samo wspomnienie o jego delikatnych oczach.
-Lubisz go, ale nie wiesz w jakim stopniu?-podpowiedział mi mój Ed.
Westchnęłam ze szerokim uśmiechem.-Owszem.-przytaknęłam.-Lubię go, ale wiem, ze mu nie zależy aż tak bardzo, o to chodzi. Nie chcę przerwać naszej nici porozumienia. Nie chcę, aby zrobiło się niezręcznie między nami kiedy mnie odrzuci albo kiedy nam nie wyjdzie.-przysunęłam się do Ed'a, po czym oparłam swoją głowę o jego ramię. A po chwili on oparł swoją głowę o moją głowę.
-Rozumiem.-szepnął cicho do mnie.

wtorek, 11 czerwca 2013

Rozdział 28.

~~~ Noel ~~~
Patrzyłam zdumiewająco na moją matkę, która bez jakichkolwiek słów piła herbatę w salonie, w domu naszego ojca. Spojrzała na mnie chwilowo i westchnęła.
-Witaj, Nella.-powiedziała.
Nie odpowiedziałam. Zmarszczyłam czoło i poszłam do siebie do pokoju, gdzie zastałam Nikki. Spytałam się co tu robi, a ona odpowiedziała, że Sonia nie chce, aby ta kobieta w salonie dowiedziała się, że istnieje.
-Co?-nie zrozumiałam.-Powiedziała ci to wprost?-zdenerwowałam się.
-Nie.. Wywnioskowałam to.-jej delikatny głosik zadźwięczał.
-Pomimo swojego wieku jesteś mądra, wiedz to.-przytuliłam ją.
-Nie jestem taka mała..-zaśmiałyśmy sie.
-Wiem skarbie, wiem.

* Jakiś czas później *

Wyszłam z pokoju nawet nie oddziałując na inne osoby, rzeczy,  ogólnie na wszystko. Pewnie gdybym widziała się z boku, miałabym tylko pewność, że wyglądam jak duch.
Bywa..
Nawet jak zobaczyłam moją matkę w salonie, nie zareagowałam. Miałam ją gdzieś. Sam fakt, że przyjechała, że ośmieliła się wejść do porzuconego przez nią domu, obrzydzał mnie, wznosił we mnie ciśnienie, ale dałam radę, nie odezwałam się, tylko krzywo na nią spojrzałam i szłam dalej. Sonia weszła do salonu, kiedy ją minęłam ciężko oddychała, słyszałam jak przełyka ślinę. Ubrałam adidasy i po prostu wyszłam z domu. Nie zmierzałam w jakieś straszne miejsce, szpital, no dobra, dla niektórych jest straszny, dla mnie nie, może troszkę.

~~~ Amanda ~~~

-Prawie w ogóle nie zareagowała na mnie.-powiedziałam zaskoczona do Sonii.
-Nie dziw się. Odkąd dowiedziała się, że ojciec jest w szpitalu, milczy. To straszne, tak milczeć, jak dziecko.-odpowiedziała.
-Była zżyta z ojcem?-spytałam.
-Od kilku miesięcy nie. Nie wiem co się stało. Po prostu zaczęli prawie w ogóle nie rozmawiać ze sobą, ja zawsze miałam z nim słaby kontakt, to Noel była jego oczkiem, pewnie jak wyzdrowieje to od razu sprawdzi co z nią. Mimo wszystko, nie mam jakiegoś żalu.
-Ona była oczkiem dla niego, a ty dla mnie.
-Nie rozmawiałyśmy ponad 5 lata. Gdybym była twoim oczkiem, zainteresowałabyś sie tym, że..-o mało wygadałam się o Nikki.
-O czym?
-O niczym..-ucięłam rozmowę cicho.

~~~ Ed ~~~

-Czyli już możemy wracać?-spytałem ucieszony na wieść, że koniec mojego suportu, a kolejny dopiero w lutym.
-Tak.-odparła moja menadżerka.
-No to jazda! Chcę być najbliższym samolotem w Anglii, w Londynie.-odparłem.
-Spokojnie, chłopie.-po ramieniu poklepał mnie ze śmiechem Harry.

*Trzy godziny później *

~~~ Noel ~~~

-Och tato, wiesz jak dziwnie się czuję z tym, że już nie możemy porozmawiać?-szepnęłam do ojca trzymając go za rękę.
Siedziałam na stołku obok jego łóżka.
Wyglądał tak staro. Rzadko się spotykaliśmy ostatnim czasem. Mieliśmy spór. Wiedziałam, że miał rację, ale mimo wszystko, nie chciałam tego przyznać. Z resztą, w kolejnym sporze to ja miałam rację. Wiedziałam, że jest chory, że grozi mu zawał, ale on to ubrał w żart, mówił, że na coś trzeba umrzeć.
Głupiec.. Czemu chciał mnie, Sonię i Nikki zostawić? Nie powiedział. Tylko szepnął kilka miesięcy temu, że boli go to wszystko, że nie wytrzymuje psychicznie, jest sam, czuł się tak nawet jak byłyśmy z nim.
-Wygrałeś.-szepnęłam lekko kołysząc jego dłonią.-Ruszę dalej..-pocałowałam go lekko w jego chłodny, biały polik.
Wstałam ze stołka i poszłam do parku. Miałam spotkanie. Z Rupertem. On był teraz ze mną. Nie Ed, którego potrzebowałam, miałam Ruperta, drugiego rudzielca, który był tak samo niesamowitą osobowością.

~~~ Rupert ~~~

Od kilku tygodni tylko myślę o niej. Nie wiem nawet dlaczego. Tyle razy byłem niby zakochany, i jestem pewny, że to nie to uczucie. Czuję coś silnego, ale czy to miłość? 
Patrzyłem na szatynkę zajadającą ciepłego loda w milczeniu. Wyglądała tak niezdarnie, jeśli było to możliwe. Starała się uniknąć pianki nad ustami co jej się nie udawało i ciągle się wycierała dłonią. Chciałem się śmiać, ale mimo wszystko nie mogłem. Tylko uśmiechnąłem się pod nosem na widok jej zielonych oczu, które wpatrywały się w dal parku, bez żadnego skrępowanie obserwowała ludzi, dzieci i dorosłych.
Kiedy tylko skończyła jeść loda, spojrzała na mnie.
-Powinnam już iść. Muszę się spakować. Nie będziesz na pewno ci pasuje przejażdżka do Londynu?-spytała wstając.
-Mieszkam tam, poza tym, nudzę się, a chcę coś robić.-potwierdziłem.
-To za godzinę przed kawiarnią.-obróciła się na pięcie i pognała w stronę swojego domu.

~~~ Sonia ~~~

Usłyszałam jak wchodzi Noel do domu. Nawet nie zdążyłam wejść do jej pokoju, a ta już wybiegła z niego z plecakiem. Postawiła go na podłodze i błyskawicznie ubierała buty. Kiedy się podniosła, zmierzyłyśmy się nawzajem.
-Wyjeżdżam stąd.-powiedziała pewna siebie.
-Dlaczego?-zapytałam, ale ta mnie zignorowała.
-Co to oznacza?! Co chcesz przez to powiedzieć?!-krzyczałam wściekła.
-To, że czekanie aż się obudzi jest bezsensu, lekarze szans nie dają! Jego stan się pogorszył! Wracam do Londynu, zamierzam zamieszkać gdzieś indziej, nie z tobą!-Noel była podburzona.
-Niby dlaczego się wyprowadzasz!?
-Nie zamierzam mieszkać z dorosłą osobą, która ukrywa przed własną matką, ze ma dziecko! Nie będę mieszkać z idiotką, która odnowiła kontakt z wyrodną matką, kobietą która nas zostawiła!
-Daj spokój.-chciałam dotknąć jej ramienia, ale ta szybko wzięła plecak w dłonie i wybiegła z domu.